
5511
Justyna Łajca
Cześć,
Mam na imię Justyna. Mam 28 lat. Pracuję zdalnie i studiuję, staram się uśmiechać do ludzi – ale od kilku lat jestem też „pacjentką z RRMS”. I każdego dnia walczę o to, żeby choroba nie zabrała mi reszty życia.
Kiedy usłyszałam diagnozę – rzutowo-remisyjne stwardnienie rozsiane – świat się zatrzymał. Myślałam, że to koniec. Że już nigdy nie będę mogła normalnie chodzić po górach, spędzać czasu z przyjaciółmi i narzeczonym, pracować bez lęku, że nagle nogi odmówią posłuszeństwa. Że już zawsze będę się bała – każdego kroku, każdego zmęczenia, każdej nocy, kiedy ból i drętwienie budzą mnie o 3 nad ranem.
Czułam się jak w klatce własnego ciała. Nogi odmawiały współpracy, wzrok się rozmazywał, zmęczenie przygniatało tak mocno, że czasem nie miałam siły podnieść telefonu. Patrzyłam w lustro i nie poznawałam siebie. Płakałam w samotności, bo wstydziłam się powiedzieć komuś, jak bardzo się boję. Bałam się, że już nigdy nie będę tą samą Justyną – tą, która wierzyła, że wszystko jest możliwe.
Każdego ranka budzę się i myślę: „dziś znowu muszę wygrać z własnym ciałem”.
Każdy rzut to nowa fala strachu – czy tym razem stracę wzrok na dłużej? Czy nogi już nigdy nie będą posłuszne? Czy będę mogła pracować, czy będę mogła ukończyć studia ?
Czasem siadam na łóżku i po prostu płaczę – bo jestem zmęczona walką. Zmęczona bólem. Zmęczona pytaniem „dlaczego ja?”.
Ale nie poddałam się.
Bo dobro zaczęło do mnie wracać.
Najpierw obcy ludzie z grup na Facebooku – pisali „też mam SM i żyję”, „dasz radę”, „nie jesteś sama”. Potem przyjaciele, którzy przyjeżdżali z kawą i po prostu byli. Lekarze, którzy walczyli o najlepszą terapię. Każdy komentarz „trzymam za Ciebie kciuki”, każda wpłata 10 zł, każde udostępnienie postu – to wszystko budowało we mnie siłę. Małe iskry nadziei, które nie pozwoliły mi się poddać.
Dziś walczę dalej.
Leki kosztują tysiące złotych miesięcznie. Rehabilitacja, dojazdy do specjalistów, badania, suplementy, fizjoterapia – to wszystko przekracza moje możliwości. Czasem muszę wybierać: leki czy rachunki? Terapia czy jedzenie? Nadzieja czy przetrwanie?
Ale chcę żyć. Chcę znów czuć się wolna w swoim ciele. Chcę pracować, rozwijać firmę, pomagać innym. Chcę spojrzeć w lustro i zobaczyć nie strach, tylko siłę. Chcę wierzyć, że dobro, które do mnie wróciło, wróci znowu – tym razem w postaci stabilizacji, mniejszej liczby rzutów, lepszego jutra.
Dlatego proszę Cię o pomoc.
Każda złotówka to krok bliżej do tego, żeby wstać rano bez bólu. Jedna dawka więcej leku. Jedna wizyta mniej w kolejce do rozpaczy. Jedna szansa więcej na życie bez lęku.
Nie proszę o litość. Proszę o dobro, które krąży. Które wraca w uśmiechu, w spokojnym śnie, w wiadomości „dzięki Tobie poszłam do neurologa wcześniej”. Które wraca w sile, która pozwala wstać, kiedy wszystko boli.
Jeśli coś w Tobie drgnęło – pomóż mi.
Nawet 5 zł to jedna tabletka więcej. Jedna kropla nadziei. Jedno „jestem z Tobą”.
Dziękuję Ci z całego serca za każdy gest, każde udostępnienie, każde „trzymam za Ciebie kciuki”.
Bo dobro powraca. Zawsze. Zwłaszcza wtedy, kiedy wydaje się, że już nie ma siły.
Justyna ❤️